I
Moja kobieta
Moja kobieta ma upór
mocniejszy niż wieczór.
Gdy świat mówi mi: przegrałeś,
ona poprawia mi kołnierz
i pyta, czy wrócę na kolację.
Nie nazywa tego miłością.
Po prostu zostawia światło
w oknie mojego życia.
M. Vistula
Polskie adaptacje literackie wierszy Muhammada Shafiego — o miłości, pamięci, głodzie, oddaleniu i ludzkiej godności.
I
Moja kobieta ma upór
mocniejszy niż wieczór.
Gdy świat mówi mi: przegrałeś,
ona poprawia mi kołnierz
i pyta, czy wrócę na kolację.
Nie nazywa tego miłością.
Po prostu zostawia światło
w oknie mojego życia.
II
O północy zamykam książkę,
której nie napisał żaden drukarz.
Jej kartki pachną twoimi włosami,
a każde zdanie kończy się ciszą.
Nie boję się końca opowieści.
Boję się tylko chwili,
w której nie będę umiał
otworzyć cię od nowa.
III
Jeśli kiedyś odejdę przed tobą,
nie zostawię domu ani złota.
Zostawię ci miejsce
po lewej stronie mojego snu.
Niech tam zamieszka twoje imię,
niech budzi się każdego ranka
i przypomina światu,
że byłem komuś potrzebny.
IV
Nikt już nie zapuka
do drzwi mojego serca tak samo.
Nawet wiatr, który znał twoje imię,
milczy dziś pod oknem.
Idę dalej, ale moja droga
nosi ślady twoich kroków.
To dlatego każda ulica
prowadzi mnie do ciebie.
V
Byliśmy kiedyś jednym snem:
ty — jego oddechem,
ja — jego niespokojnym sercem.
Potem nastał ranek
i każdy z nas otworzył oczy
w innym świecie.
Tylko noc wciąż pamięta,
że śniliśmy razem.
VI
Mówili: nie potrafisz.
Powtarzali to tak długo,
aż ich głosy zamieszkały we mnie.
Dziś buduję z nich schody.
Wchodzę wyżej, choć drżą mi nogi.
Nie po to, by im zaprzeczyć —
lecz żeby zobaczyć,
jak daleko zaszedłem.
VII
Nie nauczyła mnie wielkich słów.
Nauczyła mnie zostać,
gdy łatwiej byłoby odejść.
Jej miłość była spokojna
jak dłoń na gorącym czole.
Od niej wiem, że człowiek
nie jest sam tylko dlatego,
że ktoś wymówił jego imię czule.
VIII
Na ścianie nocy
nocny ptak nie śpiewał.
Przenosił w dziobie słowo,
którego nie miał komu oddać.
Ja też nie śpię.
Może obaj czekamy
na kogoś, kto usłyszy
to, czego nie umiemy powiedzieć.
IX
Jej milczenie nie było pustką.
Miało blask oczu
i głębię studni po deszczu.
Nie chciałem jej rozumieć
jak trudnej książki.
Chciałem tylko usiąść obok
i zostać tam wystarczająco długo,
by jej cisza przestała się bać.
X
Samotność nie przychodzi hałaśliwie.
Siada naprzeciwko przy stole
i zostawia dla ciebie pusty talerz.
Wtedy rozumiesz:
nie każdy, kto jest obok,
jest blisko.
I nie każda droga do domu
kończy się powrotem.
XI
Nie bój się upaść.
Ziemia zna imiona wszystkich,
którzy nauczyli się wstawać.
Idź nawet wtedy,
gdy śmiech innych boli.
Najdłuższa droga
czasem zaczyna się od kroku,
którego nikt nie oklaskuje.
XII
Nie pamiętam twarzy dokładnie.
Pamiętam jednak ton głosu,
w którym pękło moje serce.
Są słowa, które odchodzą.
Są też takie, które zostają
jak drzazga pod skórą czasu.
Noszę je cicho,
żeby nie zraniły nikogo więcej.
XIII
Zmęczenie nie krzyczy.
Najpierw odbiera człowiekowi
ochotę, by tłumaczyć własne serce.
Potem zostawia go
pośród ludzi, których kochał,
zbyt cichego, by prosić o ratunek.
Najboleśniejsze rozstania
zaczynają się bez słów.
XIV
Nadal boję się jeść do syta.
Nie dlatego, że głód odszedł,
lecz dlatego, że kiedyś poznałem
jego najciemniejszą twarz.
Matka nakładała mi ryż
i pytała: „Jeszcze trochę?”
Dziś, choć talerz jest pełny,
we mnie wciąż czeka chłopiec
na dzień, w którym zabraknie chleba.
XV
Ty, moja mała, szalona —
jak możesz kochać mnie tak mocno,
znając wszystkie moje ciemności?
Gdy świat puszcza moją dłoń,
ty splatasz ze mną palce.
Nie ratujesz mnie od życia.
Ratujesz mnie przed tym,
bym sam siebie nie porzucił.
XVI
Nie odziedziczyłem ziemi.
Odziedziczyłem ranę,
którą nosili przede mną inni.
Uczę się z nią żyć
bez przekazywania jej dalej.
Może prawdziwe dziedzictwo
zaczyna się wtedy,
gdy człowiek przerywa ból.
XVII
Po twoim odejściu czas
nie przestał płynąć.
Po prostu nauczył się brzmieć inaczej.
Każdy zegar w domu
odmierza twoją nieobecność.
A ja słucham tej muzyki
jak ktoś, kto zna melodię,
lecz zapomniał, jak się tańczy.
XVIII
Pod ziemią nie ma ciszy.
Są imiona, kurz i dłonie,
które wciąż szukają światła.
Świat patrzy z daleka
i liczy ruiny jak liczby.
Lecz pod każdą cegłą
czyjeś serce pyta:
czy człowiek naprawdę może przywyknąć do bólu?
XIX
Nie pytajcie mnie, skąd mam odwagę.
Jestem dzieckiem — chcę tylko zasnąć
bez dźwięku samolotów nad głową.
Nie potrzebuję waszych wielkich słów.
Potrzebuję domu, który zostanie domem,
i matki, która nie będzie płakać po cichu.
Jeśli świat mnie słyszy,
niech odpowie, zanim zapadnie kolejna noc.